Najnowsze notki

21,99 km, czyli o pierwszym półmaratonie z córką

  • Napisane 28 Marzec 2012 o 22:17

Zuzia urodziła się 3 dni przed terminem. Piotrek miał stłuczkę naszym samochodem i mieliśmy wgniecione drzwi od pasażera, do samochodu wsiadałam od strony kierowcy. Była mroźna sobota. Urodziłam 14.25. Położna robiła nam zdjęcie, a ja powiedziałam do męża: – Zdążyłam przed 15, tak jak prosiłeś. Następnego dnia pisał egzamin, chciał się jeszcze pouczyć. Egzamin zaliczył na 5, nasza córcia też. Opowiem wam coś o Niej więcej. Kobietka z niesamowitym charakterem. Ustawiła całą rodzinę zanim jeszcze zaczęła mówić. Jak już zaczęła mówić, było tylko gorzej. Uparta. Wiedziała, czego chce. Kiedy wyjechałam na tydzień, gdy miała 10 miesięcy – po powrocie Tatę poznała od razu, a w stosunku do mnie miała focha. Świetny kompan do zabaw z bratem. Bystra. Uzdolniona ruchowo. Nauczyła się jeździć bez dodatkowych kółek na trawniku przed domem. wiązała buty zanim poszła do przedszkola. Michał się uczył, a ona podchodziła ze swoim butem i mówiła: – Ja mam już przygotowany :-) Umiała czytać w wieku 5-ciu lat. Przez kolejne lata nauki po prostu się nudziła. Zapragnęła śpiewać. Tańczyła w balecie od 5-tego roku życia. Zapragnęła śpiewać. Talent objawił się późno. W przedszkolu miała problemy z rytmicznym klaskaniem. Ale bardzo chciała śpiewać w chórze, bo pokochała dziewczyny, z którymi spędziła 2 tygodnie wakacji. Dziś ma na koncie pierwszą profesjonalną płytę, śpiewa w sopranach. Po przygodzie z baletem szukała rozwoju ruchowego. Była przygoda z flamenco, ale nie do końca odpowiadało jej towarzystwo dużo starszych osób. Ciągle słyszałam, że jest uzdolniona ruchowo. Zadzwoniłam do Piotrka Banaszka – trenera sekcji lekkoatletycznej w gimnazjum. Zuzia była w 5 klasie podstawówki. Mówię Mu: – Mam zdolne dziecko, chcesz?, – Chcę :-) . I tym sposobem Zuzia zaczęła spędzać sobotnie przedpołudnia na bieżni. Któregoś dnia Piotrek Trener powiedział: – Możesz robić w życiu co zechcesz, ale twojego stylu biegania nikt nie może skrytykować.

Przy tym wszystkim, to cholernie ambitna osoba. Najlepsza uczennica nie tylko w podstawówce, także w Gimnazjum.

Dziś rano powiedziała do Brata: – Wiesz, ja po prostu wszystko lubię robić dobrze. bo to najprostsze. Łatwiejsze od unikania kary za zrobienie czegoś nie tak, jak trzeba.

To profil mojej Zuzi. Ambitnej perfekcjonistki.

Pomysł wspólnego przebiegnięcia półmaratonu był oczywiście mój. W końcu jestem dobra w inspirowaniu ludzi, nawet mi za to nieźle w Mary Kay płacą :-) Oczywiście metodą Galowaya, to wiecie, bo czytacie mojego bloga. Jednego nie sprawdziłam przez rozpoczęciem przygotowań…wieku uczestników. Kiedy doszło do rejestracji, okazało się, że Zuzia jest za młoda. Dlatego nie znajdziecie Jej wyników na liście startowej. Zuzia ostatecznie pobiegła bez numeru. Trochę jej było przykro przed startem, ale trasa i nasze wspólne bieganie wszystko wynagrodziło.

 

Tu powinien się znaleźć szczegółowy opis trasy i naszych zmagań, ale zmagań nie było. Biegłyśmy radośnie, równym tempem ciesząc się możliwością wspólnego biegu z 7 tys. osób. Zuzia, do tej pory zawsze wolontariuszka mogła poczuć magię startu i wspólnego biegu z tłumem. Chłonęła atmosferę. Dwa na jeden…równiutko. Na każdych 4 kilometrach zdejmowałyśmy po kilka minut. Było fantastycznie. My we dwie i tłum obok nas. Od 16-tego kilometra tylko wyprzedzałyśmy. Niektórzy się dziwili, niektórzy bardzo głośno się dziwili :-) A my robiłyśmy swoje. Na 18 -tym kilometrze Zuzia wyciągnęła Ipoda i zaczęła przyśpieszać. dla mnie była za szybko. Miałam kłopoty jelitowe, tak bywa. Wzięłam Ją za rękę i powiedziałam: – Zwolnij trochę. Potem przyznała, że dobrze zrobiłam.

Zbieg z mostu, zaraz meta. Nie wiedziałam, jak będzie daleko. Byłam pewna, że bliżej. Gnamy, a mi zaczyna brakować sił. Czuję, że nie mam paliwa na finisz. Wiem, że Zuzia może biec dalej. Mówię: – Finiszuj, spotkamy się na mecie. A ona…bierze mnie za rękę, zdejmuje czapkę z głowy, robię to samo…wbiegamy razem, moje dziecko ciągnie mnie za rękę. Mam dreszcze. Kończę prawie 2,5 godzinny bieg, młode pokolenie finiszuje za mnie. Jestem wzruszona. Obie dostajemy medale. Idziemy do szatni. Zjadamy najpyszniejszą pomidorową na świecie – opinia Zuzi. Dzieje się historia.

Gdy zapytasz mnie co ważnego wydarzyło się w niedzielę? Powiem Ci, że zawsze miałam więź z Zuzią, podobnie jak z Michałem i Tyśką. Ta niedziela była wyjątkowa nie tylko ze względu na więź Matki z Córką. Przygotowałam moje dziecko do czegoś naprawdę wielkiego. Ona wykonała swoją fantastyczną pracę, ja byłam obok Niej. Tak naprawdę to był Półmaraton mojej Zuzi. To był Jej wielki dzień.

3801

  • Napisane 24 Marzec 2012 o 16:52

Wróciłam z numerem, radością i nadzieją na piękny bieg już jutro. Cudowna trasa. Dużo urozmaiceń i najpiękniejsze zakątki Warszawy. Mekka warszawskich biegaczy – podbieg na Agrykoli i trasa przez Cytadelę. Wizytówka stolicy taka trasa. Meta u podnóża stadionu. Rewelacja.

W sercu spokój. Kompletuję strój, kupiłam batoniki na śniadanko, cieszę się na biegową przygodę. Fantastycznie wielki tłum. To kocham w masowym bieganiu. Już dziś w Centrum Olimpijskim widać było i czuć tę atmosferę.  Rozstrzał wiekowy, fizyczny, zaawansowania. A jutro wszyscy równi i pokorni wobec dystansu.

Jutro debiut Zuzi, taka jestem z Niej dumna. I choć pobiegnie bez numeru i nie dostanie medalu, to na zawsze zapamięta ten dzień. Pozdrawiam wszystkich jutrzejszych debiutantów.

Do zobaczenia jutro na trasie. Ja biegnę w różowej koszulce, a TY?

Jesteśmy gotowe :-)

  • Napisane 14 Marzec 2012 o 23:33

W poniedziałek pokonałyśmy 24 km, z naszym izotonikiem i z radością, że najdłuższy trening mamy za sobą.

Nie było łatwo. Nie wiem, może to pora dnia – wybiegłyśmy o 15.30, może presja odległości. Zajęło nam to dużo więcej czasu niż ostatnio i nie dlatego, że jakiś kryzys…biegłyśmy wszystkie okrążenia w tym samym tempie, tyle, że o kilka minut wolniej niż poprzednio. Zuzia włożyła w ten trening naprawdę dużo wysiłku i nie było endorfinek, nie było fajerwerków, była po prostu praca ze sobą i z dystansem. Biegłyśmy razem, ale każda z nas miała głowę w chmurze własnych myśli, nie rozmawiałyśmy ze sobą…prawie przez 3 godziny nie odezwałyśmy się do siebie. Zdumiewająca więź rodzi się między matką i córką podczas takiego wysiłku. Znacie to, na pewno z relacji z przyjaciółmi. Wystarczy koło siebie być, to wystarczy. Dołóż do tego więzy krwi, świadomość, że 14 lat temu trzymałam ją w swoich ramionach, a ona pachniała mlekiem i mydłem. Masz już obraz naszego wspólnego biegania. To coś, do czego trudno mi cokolwiek porównać.

Żeby jednak nie była aż nadto patetycznie napisze Wam o mojej siostrze. Mieszkamy na ty samym Osiedlu, kilometr od siebie. Biegniemy z Zuzią, mija nas moja siostra Monika. Macha nam z samochodu. Widzi nas biegnące, a nie maszerujące. Mija trochę czasu, Monika wraca do swojego domu, mijamy ją, znów biegniemy, a nie maszerujemy. Moja kolejna godzina, a Monika znów mija nas jadąc samochodem. Zatrzymuje się, podbiega i mówi, że nie wierzy własnym oczom. – Biegacie tak ponad 2 godziny!, – Tak, prawie trzy, właśnie kończymy półmaraton :-) – bo byłyśmy na 21 kilometrze. – I nie macie zadyszki? – Nie odpowiedziała Zuzia śmiejąc się :-) – Szacun, odpowiedziała Ciocia Monika i wróciła do samochodu, a my pobiegłyśmy dalej :-)

Za dwa tygodnie start. Piotrek objechał dziś trasę. Jest piękna. Najbardziej urzekło Go, że wbiegamy na teren Cytadeli Warszawskiej…no i meta przy Stadionie Narodowym…będzie się działo. Piotrek obstawia skrzyżowanie z Gagarina, pozdrówcie go przebiegając obok :-) A teraz napiszcie kto z Was biegnie w Warszawie?

Przygotowania w fazie końcowej, dziś 20.

  • Napisane 26 Luty 2012 o 21:55

Zacznę moją opowieść od historii nocnej. Śpię, śni mi się, że ktoś mocno szarpie mnie za ramię. Coraz mocniej i coraz bardziej nachalnie. To nie sen. Ktoś szarpie mnie za ramię. Przyszła Tysia: – Mamo zginęła mi kołdra. Cóż kołdra nie igła w stogu siana, idziemy szukać. Kołdry nie ma na łóżku, przy łóżku i w żadnym pokoju. Obcy porwali kołdrę. Zastanawiam się co tak naprawdę mogło się stać. Kołdry zwykle nie znikają o 2 w nocy. Tysia mówi, że chyba wyrzuciła ją do zsypu na brudne rzeczy. Nie chce mi się iść do piwnicy i sprawdzać. Dałam jej zapasową kołdrę z szafy i poszła spać. Leżę i czekam na sen. Leje deszcz. Leje bez litości, bębni o blaszany dach. A rano, będzie dobrze, musi być, przecież w takim deszcze ciężko będzie zrobić nasz trening.

Ranek przywitał nas śniegiem, delikatnym. Wybiegłyśmy o 12. Z bidonami i zapasem nowego izotoniku do testów. Nie biegnie się nam tak lekko jak tydzień wcześniej. Wieje wiatr, ale jest fajne światło i nic nie pada. Przez pierwsze kółko. Potem zaczyna padać śnieg. Tym razem mamy czapki, jesteśmy lepiej przygotowane. Nie marzniemy nasze kurtki są naprawdę wiatroszczelne. Czujemy uderzenia wiatru i pęd powietrza, który nas omija, ale nie jest nam zimno. Zuzia biegnie w zimowych getrach, ja w tych od Adidasa. Są naprawdę świetne, mimo, że lekkie i wydawałoby się cienkie, świetnie chronią i szybko się dogrzewają, nie odczuwam dotkliwie dzisiejszego wiatru. Na nogach mam nowe buty. Testuję dla Biegania Kalenji. Jestem zmanierowana. Po czarnych Salvation mało co mi chyba będzie pasowało. Są zbyt miękkie. I za szerokie. Mam wymagające stopy. Poza tym przywykłam do biegania ze wsparciem dla supinatorów, moje stopy i całe nogi pracuję wtedy dużo lepiej. Ale wybrałam na test właśnie dzisiejszy trening, żeby mieć szansę na dłuższą znajomość z testowanymi.

Bieganie w kółko bywa nużące, ale bieganie z córką zawsze jest fascynujące. Cały czas cieszę się, że robimy to razem. Tyle fajnych przeżyć. Tyle czasu ze sobą. Dziś Zuzi nie posłużył testowany izotonik, miała bóle brzucha i przez to mocno ją wymęczyło. Ale zrobiłyśmy nasz plan i to w fajnym czasie 2.21. Myślę, że w dniu imprezy zrobimy półmaraton w 2.20. Zawsze na imprezie biegnie się szybciej :-) niż na betonowych kółkach w Starej Miłośnie.  Po dzisiejszym treningu wiem, że przełomowe dla Zuzi było nasze 16 km. Dziś pokonała ból i samą siebie. Ależ z Niej twarda dziewczyna. Taka jestem dumna mama :-)

Radość biegania pomimo i test kosmetyków, tym razem :-)

  • Napisane 19 Luty 2012 o 16:50

Przyszła sąsiadka i mówi: – Biegacie w taką pogodę, przecież jest okropnie. – Zrobiłyśmy z Zuzią 16 km odparłam z dumą, pomimo pogody.

Miałyśmy w planie treningowym 15 km tydzień temu, ale szok związany z powrotem z krainy wiecznego słońca do krainy śniegu i mrozu sprawił, że miałyśmy tak naprawdę 3 tygodnie przerwy. Najpierw mróz, potem przeziębienie, w końcu wymówki. Niestety czas biegnie, a my powinnyśmy też pobiegać, dlatego wiedziałyśmy, że dziś nie ma zmiłuj i byłyśmy na to gotowe.

Zawsze jak mam taką niepewną pogodę najwięcej czasu zajmuje mi zaplanowanie w co mam się ubrać. Nauczyłam się już nie przesadzać z warstwami i grubością, gdy temperatury oscylują  w okolicach zera. Były więc getry, które już testowałam i które do tej pory mnie nie zawiodły, skarpetki NB z frotową podeszwą (lubię je na zimę), pancerny stanik (daje dodatkowe ciepełko i izolację), koszulkę z długim rękawem (z dziurką na palec) i koszulkę z krótkim. Na wierzch czarna wiatrówka Adidasa (dziś przeszła i zdała test na wilgoć), na szyję buff…na głowę…no właśnie co na głowę? Wybrałyśmy z Zuzią opaski, bo nie padało jak wychodziłyśmy…potem zaczęło :-/

Na schodach przed domem tradycyjnie przemknęło mi przez myśl: Rześko :-) i ruszyłyśmy na podbój naszego betonowego kółka.

W planach co najmniej 12 km. Wzięłam poprawkę, że przebijając się przez śnieg, ślizgając na lodzie i brodząc w kałużach i tak zrobimy dla siebie więcej niż biegając latem po suchym.

Podłoże zmieniało się z częstotliwością pogody w marcu. Był śnieg ubity, śnieg rozciapciany, śnieg w postaci kałuży na cały chodnik, śnieg zamarznięty i śnieg uprzątnięty, czyli odcinki mokrego betonu. Znaki ścieżki rowerowej i przejścia dla pieszych – wyjątkowo śliskie – to farba kauczukowa tak się zachowuje, gdy jest mokra. Z wrodzonym sobie optymizmem pomyślałam, że takie urozmaicenie to dodatkowy smaczek dzisiejszego treningu i, że nie będzie się nam nudziło.

Nie rozmawiałyśmy zbyt dużo. Myślę, że Zuzia skupiała się na swoich myślach i rozważała, czy półmaraton nie będzie ponad Jej siły. Ja rozmyślałam o życiu, o okolicznościach przyrody, wspominałam moje samotne kółka przed maratonem i cieszyłam się, że tym razem mam kompankę. Biegłyśmy równym rytmem, w takt. Było mi tak dobrze.

Zaczęło padać. Trochę śniegu, więcej deszczu. Nie czułyśmy, że mamy mokre głowy. Było nam naprawdę ciepło. Nawet wlewanie się wody przez siatkę do butów traktowałyśmy jak przypadkowe chłodzenie a nie większe niedogodności. Na okularach miałam krople wody, na nosie też. Wszystko już było wilgotne i nasiąknięte. Wtedy przypomniałam sobie, że mam na sobie „kościelny” makijaż. Pytam Zuzię, czy coś się rozmazało. Otóż nie. Biegnę zadowolona dalej. Widoczność się zmniejsza, bo okulary są już całe zalane, kiedy przechodzę do marszu, parują. A makijaż nic. Jakby wody nie przyjmował. Mam na sobie podkład, róż, kremowe cienie, szarą kredkę i tusz lash love, w wersji standard, nie wodoodpornej. I tym sposobem sprawdziłam moją Mary Kay w wersji ekstremalnej w deszczu i wietrze. Mogę śmiało polecać każdej biegaczce :-) Dla tych, którzy dołączyli do grona czytaczy moich tekstów niedawno informacja uzupełniająca: pracuję dla firmy Mary Kay od 2,5 roku i zajmuję się prowadzeniem bezpłatnych warsztatów pielęgnacyjnych dla kobiet, które chcą nauczyć się pielęgnacji swojej skóry. Zgłoszenia przyjmuję na maila: spotkaniekosmetyczne*@*gmail.com

Po dwóch kółkach, czyli 8 km poprosiłam Zuzię o decyzję czy biegniemy 12 czy 16 km. Była gotowa na przełamanie kolejnej bariery. Pobiegłyśmy 16. I zdarzyło się coś, o czym ja zapomniałam, że może się wydarzyć na tak długim dystansie, a Zuzia doświadczyła po raz pierwszy w życiu. Bolały nas już nogi i stopy, ja czułam zmęczenie w kręgosłupie, mijałyśmy 14 kilometr i nagle Zuzia zaczęła się śmiać i cieszyć i mówić, jak bardzo się cieszy, że już niedługo pobiegniemy półmaraton i, że właśnie uwierzyła, że da radę, że to jest naprawdę możliwe. jeszcze tylko kontrolnie zapytałam, czy coś ją boli.  - Nie, wyrzuciła z siebie ze śmiechem…Tak, to były właśnie endorfiny. Przypomniałam sobie, jak ja poczułam to po raz pierwszy. I jak wiele razy wracałam do tego niesamowitego uczucia przypominając je sobie w chwilach, gdy było mi źle. Teraz Zuzia tego doświadczyła, tak nagle i tak niesamowicie mocno.

To był fantastyczny trening. Dla Zuzi – pierwsze 16 km i pierwsze endorfiny w takim stężeniu. Dla mnie – ogromna radość matki, która dzieli pasję ze swoją córką. Już niedługo nasz wspólny półmaraton. A jak Wam idą przygotowania?

Tuż po biegu przed domem, widzicie to szczęście?

Makijaż Mary Kay po 16 km w deszczu, w zestawieniu z fryzurką :-)

 

O tym jak może być zimą inaczej

  • Napisane 2 Luty 2012 o 13:13

Wróciliśmy w poniedziałek o 5 rano. Kilkanaście godzin wcześniej dowiedzieliśmy się o tym, że Polskę ścięło. Zdarzyło nam się to już drugi raz. 12 lat temu wracając z Kanarów przywitały nas takie same temperatury. To nas jednak nie zraża. Za każdym razem, kiedy wracamy z ferii w cieplejszym klimacie trochę to trwa, zanim przywykniemy. Wszystko jest jednak warte tego, co zyskujemy odrywając się od krótkich dni i zimnych poranków.

W Egipcie było „lato nad Bałtykiem”, czyli 20-25 stopni powietrze i zimny wiatr. Byliśmy dwa tygodnie, więc zdarzały się dni bezwietrzne, ale też był sztorm i gwizdało nieprzeciętnie. Tego dnia nakręciłam filmik:

Duża fala

Wiatr w zatoce

Mieliśmy dwa tygodnie tylko dla siebie. Dwa tygodnie rodzinnych wczasów. Żadnych wycieczek fakultatywnych, żadnego zwiedzania. Marsa Alam to właściwie małe lotnisko i hotele. Jak małe lotnisko? Ano tak małe, że wystartowaliśmy z powrotem pół godziny wcześniej, wszyscy byli na pokładzie, a nasz samolot był jedynym na lotnisku, więc chcieli mieć nas z głowy :-) Z kolei kiedy przylecieliśmy, to podczas odprawy bagaże już na nas czekały, a transfer do hotelu trwał 5 min. Pierwszy raz w życiu byliśmy w pokoju hotelowym godzinę po wylądowaniu.

Powitało nas słońce. Tam zawsze jest słońce, tylko czasami za lekką chmurką. Dzień trwa około 11 godzin i kiedy słońce zachodzi natychmiast robi się zimno. Wokół hotelu pustynia. Mieliśmy pokusę spróbować swoich sił, ale to drobny żwirek, który wpadał do butów, więc zrezygnowaliśmy. Po raz pierwszy skorzystaliśmy z hotelu w madinacie. Jedna zatoka i 5 hoteli wzdłuż zatoki, łączyła je ścieżka biegowa nad brzegiem morza, całe 1600 m. Dokładając trochę kluczenia po plaży i po brzegowych hotelach wytyczyliśmy odcinek 6 km. W sam raz na poranną przebieżkę. I biegaliśmy, naprawdę biegaliśmy niemalże codziennie przed śniadaniem. W trakcie pobytu wypadły nam dwa treningi dłuższe: 9 i 12 km. Zuzia po raz pierwszy w życiu pokonała 12 km, potem spała na leżaku wyczerpana :-) Byliśmy w Egipcie trzeci raz, ale dopiero po raz pierwszy mieliśmy fajną radochę z biegania.

To jest taki blog biegowo rodzinny, więc napiszę Wam jeszcze, że to był fantastyczny czas dla naszej rodziny. Ostatnio dużo pracowaliśmy, ja chyba nigdy w życiu tak dużo nie pracowałam. Piotrek miał dużo delegacji i ciągle nocował poza domem, więc tęskniliśmy za sobą. Nie wiedziałam, że w Egipcie może być tak spokojne miejsce. Zero naganiaczy, zero bazarów, cisz i spokój. Kompletny relaks. Mieszkaliśmy w hotelu przygotowanym na 450 osób, a, było nas  z 50. Wieczorami spotykaliśmy się w lobby, jak u górala przy kominku. Znaliśmy się wszyscy z widzenia. To był hotel z włoską animacją, więc nie było też Polaków ani Rosjan, dla nas to plus. Nasi animatorzy nie mieli dużo pracy, więc spędzaliśmy czas na długich rozmowach i nauce języka. My uczyliśmy się prostych słów po arabsku, oni po polsku. Dzięki tym rozmowom bardzo się polubiliśmy i teraz tęsknimy nie tylko za ciepłem, ale też za nimi wszystkimi.

No dobrze, dość gadania, czas na fotki :-)

 

Na koniec kilka słów na temat sprzętu. Dziwne to testować koszulki letnie zimą, ale mam pewne ale co do widocznej na obrazku. Ma dla mnie zbyt krótkie rękawki i przy dłuższym wybieganiu obtarłam sobie wnętrze ramienia. Wina to kroju i być może zbyt mało płaskich szwów. Piszę Wam o tym, bo nie miałam okazji przetestować tej koszulki kiedy ją dostałam, bo zrobiło się zbyt zimno. Co do butów, kocham je miłością po grób. Są fantastycznie dopasowane do nogi. Podobno ładniej w nich biegam niż w innych – chodzi o ułożenie stopy i kolan. I tym razem poddałam je testowi wentylacji – super, nic się nie poci, nic nie przegrzewa. Zuzia i Piotrek biegają w sequensach i też są pod wrażeniem.

No taka adidasowa drużyna biegała sobie po „egiptowie”.

Jeśli chodzi o Wasze komentarze, to piszcie je, blog ustawiony jest tak, że muszę je najpierw zaakceptować. I dobrze, bo któregoś dnia napadł mnie spam i dostawałam po 50 komentarzy dziennie, niekoniecznie merytorycznych ;-)

Od powrotu do domu nie biegałam i nie mam pomysłu na nasze treningi, Piotrek choruje, Zuzię boli gardło, a ja mam coś z zatokami. Może uruchomimy maszynę piekielną (orbitreak) w piwnicy?

 

Miła odmiana

  • Napisane 20 Styczeń 2012 o 07:59

Przypomnij sobie wakacje nad Bałtykiem. Takie słoneczne, ale wietrzne wakacje. No i dodaj do tego dużo cieplejszą wodę w morzu i podgrzewaną wodę w basenie. No to właśnie takie mamy teraz wakacje :-) Biegamy sporo, choć takich plaż, jak nad Bałtykiem tu nie ma. Linia brzegowa jest uporządkowana tylko na wysokości hoteli, nasza zatoczka ma długość około 1,5 km i dalej już się nie da biegać, bo skały i nierówne podłoże. W zatoczce są trzy hotele, zamieszkałe głównie przez Niemców i Włochów i to ich spotykamy na ścieżce biegowej. Tak, mamy oznakowaną ścieżkę biegową, co prawda betonowa, ale codziennie rano zamiatana przez jakiegoś Ahmeda. Ścieżka ma długość 1500 m i można na niej zrobić nawet nasz 9-ciokilometrowy trening :-) Można i dłużej, można się też zmęczyć. Wczoraj jeden ze współbiegaczy naprawdę był zmęczony. Ciekawa obserwacja, na ogół inni turyści witają nas po niemiecku :-) i druga obserwacja: tu biegacze nie pozdrawiają się przez machnięcie łapki…dwie hipotezy – albo to nie są rasowi biegacze, albo to jest polski zwyczaj…kto mi odpowie na to zagadnienie?

Będą zdjęcia na ścieżce obsadzonej palmami, ale najpierw muszę bardziej cierpliwie podejść do leżenia na leżaku za parawanem :-) , czyli choć trochę się opalić :-)

A w lesie

  • Napisane 8 Styczeń 2012 o 15:14

A w lesie wiosna, Moi Drodzy. Wilgoć łagodnie pieści nozdrza, po porannym deszczu już ani śladu. Wyjrzało za to słońce, całkiem, całkiem to słoneczko, dawało po oczach, bo kto by tam brał specjalne okulary, jak rano tak lał deszcz. W lesie sporo biegaczy, spacerowiczów, kijanek i kijanków (nordic walking). Widać wszystkim, którzy akurat nie chorują podoba się ta pogoda. Według mistrza G. dziś miało być delikatne 6 km. Dzięki temu, że Piotrek znów biega, mogę Wam pisać relacje z lasu. Jak niektórzy pamiętają, jestem dziewczyna do tańca i do różańca, ale w lesie sama się gubię, więc wybieram mniejszy stres. Za to jak mogę, korzystam z okazji pobiegania z przewodnikiem. Zuzia jest dziś WOŚP ową wolontariuszką, więc byliśĶy w lesie tylko we dwoje. Powiem Wam, że bardzo tęskniłam, za tymi naszymi leśnymi trasami. Tęskniłam też za pogadaniem z  moim mężem w pięknych okolicznościach przyrody. Dlatego dziś było fantastycznie z trzech powodów: byliśmy razem, była wiosna i … nasze terenowe adidasy znów dały się poznać z dobrej strony w trudnym terenie. Bywało ślisko, grząsko, bagniście, ale bez poślizgów bocznych, bardzo komfortowo :-)

Zima nie zima

  • Napisane 4 Styczeń 2012 o 12:47

Dziś wracając z mojego rozruchu zastanawiałam się czy zima to czy nie zima. W zeszłym roku o tej porze pogoda nie sprzyjała biegaczom, na chodnikach leżał zamarznięty śnieg, a w lesie brnęło się po kolana w puchu, który pojawiał się na świeżo prawie każdej nocy. W tym roku…nie sprawdza się nawet reklama pewnej sieci komórkowej, bo śmiało można realizować swoje noworoczne postanowienia :-)

Biegnę więc sobie i myślę, że okoliczności sprzyjają mojemu przygotowaniu i, że życie jest piękne, bo za dwa tygodnie o tej porze odbędę trening w krótkich spodenkach z wiatrem we włosach na żwirkowej plaży, i, że jak mnie ktoś pyta co u mnie słychać, to od jakiegoś czasu odpowiadam: „Lepiej niż dobrze”

A jeśli chodzi o pogodowe anomalie, to bywało już tak, że zima zaczynała się w lutym, ale wtedy nawet w kwietniu padał śnieg :-/ bywało też tak, dokładnie 14 lat temu, kiedy urodziła się Zuzia, że ostatni śnieg spadł 2 lutego, a potem już nic…i mały Michałek jeździł na rowerku w połowie lutego w wiosennej kurtce. Jak dla mnie, może być taka włoska zima aż do wiosny.

My tu gadu gadu, a być może ktoś właśnie podejmuje decyzję o przebiegnięciu półmaratonu. Może debiut? Może z nami – ze mną i Zuzią? Zapraszamy :-) www.polmaratonwarszawski.pl

No to zaczęło się

  • Napisane 1 Styczeń 2012 o 20:56

Przed chwilą przeczytałam wpis Ani http://aniabiega.blox.pl/2012/01/2012-Bardzo-dlugie-wybieganie.html i pomyślałam, e…chyba nie mam o czym pisać, przy takich kilomatrażach? Ale chwilę później uświadomiłam sobie, że to po prostu inna liga i zamiast wpędzać się w stany typu: ja nic nie robię, a ona wszystko zapragnęłam podzielić się z Wami moją dzisiejszą radością.

Zaczęliśmy przygotowania do półmaratonu…dobrze czytacie…liśmy a nie łyśmy.

Wierni mojemu blogowi od zamierzchłych czasów wiedzą, że moja przygoda z bieganiem to także spora dawka miłości małżeńskiej odnalezionej po latach. Najpierw było samotne bieganie Piotrka, potem wspólne odkrywanie 5, 10, 21, 42…a potem przerwa i samotne bieganie Izy, potem dołączyła Zuzia…dziś dołączył Piotrek :-)

Mamy przed sobą 3 miesiące przygotowania, przede wszystkim Zuzi, choć Piotrek traktuje siebie surowo i pasuje mu to dostosowanie tempa do najmłodszej. Na warsztat poszedł znów Galloway, najmniej inwazyjna metoda oswojenia się z dystansem. Dziś więc spokojniutko, jak na Nowy Rok przystało tylko 4 km…wspólnie, we trójkę…i będzie to częsty widok, bo każdoniedzielny w naszej okolicy: mama, tata i córka równa z mamą – to my trójka Antosów przygotowująca się do Półmaratonu Warszawskiego. Tata honorowo, bo podobno tylko będzie ustawia trasę, choć kto wie?

Jeśli czytając ten wpis zaroiła się w Twojej głowie myśl, że skoro młodzież może to ja też… to polecam program przygotowujący ze strony

Trening Gallowaya i do zobaczenia na starcie w marcu :-)