Ocean spokoju

12932916_1145527272137615_3091704152434405585_n

Przed chwilą odkryłam maila, że blog.pl tęskni za moimi wpisami  8-), a ponieważ i tak zbierałam się, żeby napisać o tym, co się u nas dzieje, stwierdziłam, że to dobry pretekst, skoro blog.pl za mną tęskni?

Serra przeniosła się do drugiego domu w Warszawie w połowie ferii zimowych. Spakowała się i wyszła. Skończyła się roczna przygoda z przyjmowaniem obcych dzieci w naszym domu. Zanim się to wszystko zaczęło zastanawiałam się nie nad tym, jak to będzie z nimi, ale nad tym, jak to będzie, gdy w naszym domu będzie z powrotem pusty pokój. Justynka wysprzątała wszystko pięknie, nawet ułożyła rzeczy w szafie i nic się nie dzieje. W moim sercu nic się nie dzieje, ot pusty pokój, który czeka na Zuzię. Przy stole siedzimy w innej konfiguracji, żeby być bliżej siebie. Zmienimy to, gdy znów będziemy jadać w piątkę. Do powrotu Zuzi zostało 94 dni, już za chwilę, już za momencik skończy się cała przygoda.

Nowy dom Zuzi jest miejscem, w którym czuje się zdecydowanie lepiej niż poprzednio. Oczywiście zdarzają się trudniejsze dni, tak samo jak nam się zdarzały, gdy gościliśmy Izajasza i Serrę. To jest naturalne, gdy do rodziny zgranej przez kilkanaście lat wspólnego życia dołącza ktoś, kto swoje kilkanaście lat życia przeżył w innej rodzinie, kulturze, kraju, środowisku. Bywają obustronne tarcia adekwatne do obustronnych oczekiwań, ale więcej jest teraz radosnych wspólnych wydarzeń takich jak wyjścia na miasto, jacuzi w ogrodzie mimo mrozu i śniegu czy fantastyczny urlop nad Pacyfikiem w Meksyku. Dopiero teraz, przy takim rozłączeniu uświadamiam sobie, w jakim tempie odbywają się zmiany w naszej rodzinie, nie tylko zmiany związane z wyjazdem i przyjazdem Zuzi i innych dzieci, ale  zmiany związane nieuchronnie z naszym tempem życia. Są duże, jak zmiany pracy czy samochodu i te drobne, jak nowe elementy garderoby czy nowe gusta żywieniowe. Za każdym razem, gdy dowieszam nową rzecz do szafy myślę sobie: „Zuźka się zdziwi, że kolejną rzecz kupiłam bez niej”. Ciuchów jest coraz więcej i czasem wyobrażam sobie jej reakcję, jak już przyjedzie i znajdzie się w swoim, ale zmienionym domu, jak będzie oglądała te zmiany i mówiła nam, że inaczej to sobie wyobrażała, jak widziała zdjęcia. Wyobrażam też sobie, że po roku bycia w innym kraju, z inną kulturą, mówienia w innym języku i bycia non stop pod ostrzałem dorosłych, ale nie rodziny, trudno jej będzie wrócić na normalne tory. Z jednej strony na pewno bycie z rodziną będzie powrotem do normalności, z drugiej – kiedy przez cały rok musisz podejmować drobne i duże decyzje samodzielnie, to ponowne wejście do rodziny, może być co najmniej dziwne. Wszystko przed nami i powoli szykuję w moim sercu miejsce na wzruszenie związane z powitaniem na lotnisku.

Tydzień temu po raz kolejny musieliśmy zubożeć przy rodzinnym stole. W pierwszy dzień świąt Justynka trafiła do szpitala. Po śniadaniu pojechaliśmy na ostry dyżur. Brzuch bolał ją już o kilku dni i nie przestawał. Lekarz podejrzewał wyrostek, więc skierował ją na obserwację na oddziale pediatrycznym. Dziś minął tydzień bez Justynki. Znów zmieniliśmy konfigurację przy stole. Zostaliśmy w domu z Michałem, a czasami też bez niego. Któregoś poranka wyszedł przed nami, pijąc kawę stwierdziliśmy, że tak niewiele trzeba, żeby z gwarnej rodziny przejść do mieszkania we dwoje. Z powrotem tyko my? Dobrze, że przez ten cały czas dbamy o to, by wciąż było nam przede wszystkim dobrze ze sobą.

Justynka nie ma nadal diagnozy. Spędzam z nią większość czasu ciesząc się, że mam taką pracę, że mogę to robić. Tak wiele dzieci na oddziale nie może się poskarżyć mamie na kiepski obiad czy ból, a my siedzimy sobie i kolorujemy kolorowanki dla dorosłych, albo czeszę ją i po prostu spędzamy razem czas. Dużo się przytulamy. Mam dar widzenia dobra nawet w tak trudnych sytuacjach. Pomyślałam któregoś dnia, że Tyśka, jako trzecie dziecko, zawsze była ostatnia w kolejce do mojego macierzyństwa. Teraz jest pierwsza, nie ma konkurencji i uczymy się siebie nawzajem w nowej sytuacji. Każda godzina spędzona na byciu ze sobą, buduje więź, której do tej pory nie znałyśmy na taką skalę. Mam wrażenie, że reszta rodziny też jakoś inaczej się do niej w tej sytuacji zwraca. Michał ma więcej cierpliwości, a Zuzia złagodniała wobec małej sis, która choruje. Wczoraj rozmawiały ze sobą dwie godziny.  Justynka dostała od koleżanki koronę, założyła ją, Zuzia założyła swoją koronę (nawet nie wiedziałam, że ją miała) i zaczęły robić swoje dziwne miny. Efekt tej zabawy widzicie na zdjęciu. Kiedy je zobaczyłam, uśmiechnęłam się do siebie…nigdy by do tego nie doszło, gdyby nie ten nieszczęsny szpital. Znów wszyscy dostaliśmy piękną szansę na zbudowanie mocniejszej rodziny.

Zatytułowałam ten wpis – ocean spokoju. Uświadomiłam sobie, że w sytuacji, gdy mam dziecko w szpitalu, powinnam być może reagować inaczej. A ja się cieszę, bo widzę, jak wiele dobrego zrobiła dla nas Justynka tym swoim bolącym brzuchem. Jestem spokojna, wszystko płynie swoim rytmem. Dopiero, kiedy wychodzę na zewnątrz widzę, że ludzie gdzieś pędzą, coś gonią. Tam, w murach szpitala, czas płynie innym rytmem, ani lepszym ani gorszym…trzeba tylko pozwolić mu płynąć w swoim tempie i zachować ufność, że wszystko jest nam dane po coś dobrego dla nas.

12932916_1145527272137615_3091704152434405585_n

2 komentarze do “Ocean spokoju

  1. Dziękuję… z całego serca!…
    Niby przypadkiem natrafiłam na ten blog (przez MAM), i akurat TEN „Ocean spokoju”..
    Nasza najstarsza córka (1 dziecko z 4:)), choć ma dopiero 9 lat, jest od 13 dni w szpitalu po wycięciu wyrostka i zapaleniu otrzewnej.. Nie umiałam na tą sytuację spojrzeć pozytywnie..aż przeczytałam teraz OCEAN SPOKOJU… Bóg zapłać Pani Izo! Wszystkiego dobrego!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>